Kursy nurkowe Warszawa Wyjazdy nurkowe Warszawa

Telefon: 513 129 887 lub 512 142 165
E-mail: jacek@shark.net.pl


   Publikujemy tu opowiadania i felietony na temat nurkowania, które w latach 1997 - 2004 ukazały się drukiem na łamach rozmaitych czasopism. Jeden z tych artykułów (Kartka z dziennika pokładowego i dwa guziki) zdobył pierwsze miejsce w konkursie ogłoszonym przez Magazyn Nurkowanie. Autorem zebranych tu materiałów jest Jacek Kurzątkowski, szef Crazy Shark.

Kartka z dziennika...
Thistlegorm
Ugly Duck
Arabska modlitwa

Deska do krojenia chleba
20 barów na minutę
Najlepsze zdjęcie
Pod wodą jest inaczej
Pod lodem

 

Kartka z dziennika pokładowego i dwa guziki

do góry


   Gdy redaktor naczelny pewnej znanej gazety, zaproponował mi opublikowanie na łamach jego pisma artykułu o wrakach, byłem wniebowzięty. Mina zrzedła mi jednak kilka dni później. Zasiadłem wtedy nad czystą kartką papieru i po dłuższym zastanowieniu napisałem: "Wraki są przerażające". Dumny z siebie kilka razy po cichu przeczytałem to pierwsze zdanie. Jednak po chwili zdegustowany skreśliłem je. Spróbowałem inaczej: "Zardzewiałe kolosy porośnięte glonami...". Niestety to rozpoczęcie również nie spodobało mi się. Potem przyszła kolej na: "Ostre jak brzytwa, poszarpane blachy...", "Z mrocznej toni wyłaniają się..." oraz "Bezcenne skarby ukryte w trzewiach potworów uwięzionych pod wodą". Jednak i te zdania podzieliły los poprzednich.
   "Otulone kokonem porozrywanych sieci rybackich..." - nie poddawałem się. Z animuszem rozluźniłem krawat, jeszcze raz zerknąłem na ostatnie słowa i... zawiedziony wyrzuciłem tę pierwszą stronę. Po godzinie mój długopis zjedzony był do połowy, a kosz wypełniały pomięte kartki papieru. Tydzień później poprosiłem naczelnego o przesunięcie o miesiąc terminu złożenia artykułu do druku. Doszedłem do wniosku, że nie uda się napisać o wrakach siedząc ubranym w garnitur, w biurze, w Warszawie. Postanowiłem szukać natchnienia pod wodą.

* * *

   Kurczowo trzymam się olbrzymiej pławy, by nie zniósł mnie prąd wody. Morze jest niespokojne. Każda nadchodząca fala podrzucając monstrualnych rozmiarów boję wyrywa mi rękę ze stawu. Po chwili ta rozkołysana, stalowa konserwa tracąc podparcie stacza się w dół i wpycha mnie metr pod wodę. Wtedy zapierające dech w piersi zimno przeszywa twarz. Na szczęście resztę ciała chroni gruby kombinezon. Mimo, iż jest środek lata, na leżących nieopodal szczytach widać śnieg. Po raz setny w myśli sprawdzam czy niczego nie zapomniałem: dwa noże, sekator do cięcia sieci, dwie latarki, bojka sygnalizacyjna, kołowrotek z poręczowką do oznaczania drogi wewnątrz wraku, tablice dekompresyjne...
   Nad górami otaczającymi fiordy przewalają się burzowe chmury. Od tygodnia leje. Kotlinami i dolinami przeciskają się promienie słońca. Rozszczepiając się na kroplach deszczu tworzą wyraźną tęczę. Rzeczywistość atakuje każdy zmysł. Może właśnie dlatego trudno mi jest znaleźć ogólny sens tego co właśnie robię. Usilnie próbuję zrozumieć tragedię tamtych dni. Sześćdziesiąt lat temu, w Tromsoe, 500 km za kołem polarnym, starły się flotylle mocarstw. W tym zmaganiu, którego przebiegu nie potrafią rozszyfrować historycy, zimne i obojętne morze pochłonęło konstrukcje i maszynerie, wytwory ludzkiego geniuszu.
   Spoglądam na ciężkie, ołowiane chmury i z całych sił próbuję wyobrazić sobie przebijające je samoloty. Chciałbym usłyszeć ryk silników, zobaczyć przerażone twarze pilotów... Niestety zbyt odległe są to czasy. W konfrontacji z tamtym, znanym jedynie z kart książek i podręczników światem, teraźniejszość wydaje się o niebo ważniejsza. Przecież za chwilę uniosę do góry inflator i naciskając zawór, upuszczę z kamizelki trochę powietrza.
   Ta odrobina gazu to jedyna nić, która łączy mnie z królestwem ptaków. Gdy ją zerwę ogarnie mnie świat ciszy. Po kilku sekundach, na głębokości pięciu metrów ustanie falowanie. Potem stopniowo będzie gęstniał wokół mnie mrok. Na głębokości dwudziestu metrów włączę latarkę i sprawdzę czas. Wodoodporny zegarek pokaże dokładnie 60 sekund od momentu zanurzenia. Po kolejnej minucie ujrzę wrak, cel mojego nurkowania. Wtedy nastąpią długie minuty pobytu na dnie. W tym czasie mój organizm stopniowo będzie nasycał się azotem. Potem rozpocznę wynurzanie. Wreszcie znów odetchnę ziemską atmosfera. Cóż, nic nie potrafię poradzić na to, że penetrowanie wraków, stanowi dla mnie, podobnie jak i dla innych płetwonurków, jedynie problem techniczny.
   Po tygodniowym pobycie w Tromsoe, gdy przed powrotem do kraju żegnałem się już z podwodnymi kompanami, podszedł do mnie Bjorn, nestor norweskich płetwonurków. Podał mi pożółkłą i postrzępioną czystą kartkę papieru.

do góry


 
Thistlegorm

do góry

   Żółta i czerwona. Naprężają się i luzują. Gdy statek naciąga je z całą mocą, gwałtownie wyskakują z wody i zastygają na chwilę. W tym ułamku sekundy przypominają grube, stalowe pręty. Nagle miękną i z impetem, niczym dwie brzytwy tną powierzchnię morza i zanurzają się w żywiole.
   Tom trzyma koniec trzeciej, niebieskiej liny. Leży zwinięta u jego stóp. Jej drugi koniec obłożony jest na pachole. Tom z olbrzymią butlą na plecach i pasem ołowianym na biodrach stoi na bukszprycie. Jest zwrócony twarzą w kierunku kapitańskiego mostka. Mimo iż jest obwieszony ciężkim sprzętem, niczym baletnica balansuje ciałem by nie stracić równowagi. Amortyzuje gwałtowne szarpnięcia statku. Całą uwagę skupia na wzniesionej ręce skipra. Jednak gdy dłoń gwałtownie opada, Tom nie skacze. Krótką chwilę waha się. Niepewnie zerka w dół, gdzie grzywy fal rozbijają się o stewę. Poprawia maskę i upewnia się, czy ustnik pewnie tkwi pomiędzy wargami. Wydaje się, że ta chwila zwłoki trwa wieczność.
   Sternik raz po raz nerwowo opuszcza rękę. Jego usta z rezygnacją bezgłośnie wypowiadają: "Jump! Mówiłem skacz! Skacz!". Wreszcie Tom odpycha się od relingu i leci w dół ku bezdennej otchłani. "Za póżno!" - Arab stojący za sterem pochłonięty jest już czymś innym. Nerwowo rozgląda się wokół statku. Wzrokiem szuka trzech lin: żółtej, czerwonej i tej niebieskiej, którą zanurzając się rozwija Tom. Każda z nich jest grubości nadgarstka dorosłego mężczyzny. Te trzy liny są niczym wskazówki olbrzymiego zegara, którego cyferblatem jest niekończące się morze. Wyznaczają one położenie statku względem leżącego 30 metrów niżej wraku oraz nurkującego do niego człowieka.
   Sternik już wie, że Tom chybi. Gdy nurek opadnie, ujrzy jedynie piaszczyste dno. Silny prąd morski zniesie go daleko od celu. Całą operację trzeba będzie powtórzyć. Zadaniem Toma jest umocowanie niebieskiej liny w środkowej części spoczywającego na dnie okrętu. Dzięki takiemu drogowskazowi pozostali płetwonurkowie trafią na wrak. Po nurkowaniu wynurzą się wzdłuż liny i bezpiecznie powrócą na pokład jednostki, którą przypłynęli. Bez tej liny silny prąd morski odepchnąłby ich daleko od statku. W trudnych warunkach, jakie panują zazwyczaj na otwartym morzu, zginęliby niechybnie z wycieńczenia. Załoga statku nie odnalazłaby ich pośród wzburzonych fal. Właśnie dlatego nurkowanie w tym miejscu jest tak ryzykowne. Nagrodą za ten trud jest Thistlegorm, najsłynniejszy wrak świata.
   Miejsce jego spoczynku odnalazł Cousteou. On też swymi zdjęciami rozsławił ten statek i historię jego zatonięcia. Od wielu lat ciągną tu rzesze śmiałków z całego świata. Chcą zobaczyć to podwodne muzeum, chcą przeżyć dreszcz emocji. W chwili refleksji ujrzą jednak potęgę i głupotę Człowieka, który tworząc niezwykłe rzeczy, niszczy je zarazem. Dostrzegą też coś co jeszcze nie zostało nazwane. Bo jak powiedzieć o uporczywym dążeniu do zagłady wytworzonej przez siebie cywilizacji. Przecież w ciągu ubiegłego stulecia wielokrotnie usiłowano zniszczyć absolutnie wszystko.
   6 października 1941 roku, o godzinie 1.30 Thistlegorm stanął na kotwicy nie opodal rafy Sha'ab Ali. Ten olbrzymi okręt o długości 128 metrów i wyporności 5000 ton był cały wyładowany sprzętem wojskowym przeznaczonym dla oddziałów walczących w Afryce. Po kilku godzinach, o świcie wypatrzył go pilot zabłąkanego bombowca długodystansowego stacjonującego na Krecie. Z perspektywy minionych lat jego narodowość nie ma już żadnego znaczenia, podobnie jak nie istotne już jest jakim językiem mówiły jego ofiary. Z serii bomb dwie trafiły w skład amunicji na śródokręciu. Zginęło dziewięciu marynarzy. Eksplozja rozerwała statek na dwie części. Była ona tak silna, że transportowana lokomotywa została odrzucona na kilkadziesiąt metrów. Do dziś wraz z okaleczonym olbrzymem spoczywa nieopodal na piaszczystym dnie.
   Przez wiele lat nurkowie mogli zobaczyć we wnętrzu wraku niewiarygodne ilości wojskowego wyposażenia. Na poszczególnych piętrach ładowni poukładane były samochody, motocykle, opony, mundury, karabiny, pokaźnych rozmiarów skrzynie i wiele innych przedmiotów niezbędnych dla walczącej armii.

do góry


 
Ugly Duck

do góry

   "Ogarnia nas cisza. Powoli zanurzamy się w błękitną toń. Wielobarwny, koralowy świat, który rozciąga się wokoło, pełen jest podmorskich stworzeń. Złote rybki zaglądając do masek, pląsają niczym rajskie zjawy. Zadzieram głowę i widzę jak załamujące się na powierzchni wody jaskrawe promyki słońca żwawo przemykają tuż obok mnie i nikną w gęstniejącej, atramentowej otchłani. Widzę spod wody jak zmarszczone lekkim wiatrem morze połyskuje srebrnymi błyskami..." - ironiczne myśli kołaczą się mimo, iż cała świadomość skoncentrowana jest na utrzymaniu równowagi. Choć podtrzymuje mnie dwóch Birmańczyków, z trudem mogę ustać.
   Trzydziestokilogramowa butla na plecach i piętnastokilogramowy pas balastowy na biodrach ciskają mną na boki przy każdym przechyle łodzi. Zdesperowany zaczerpuję z automatu kilka oddechów świeżego powietrza, by nie zatruć się całkowicie spalinami. Na rufie, w miejscu z którego płetwonurkowie skaczą do wody, wyprowadzona jest rura wydechowa. Wydostające się z niej smoliste kłęby buchają prosto w twarz. Przede mną najgorsze. Obwieszony ciężkim sprzętem muszę mimo silnego rozkołysania łodzi, zadrzeć nogę do góry by założyć płetwę.
   Szalejący od dwóch dni sztorm nie daje za wygraną. Od 48 godzin, co kilka sekund wściekłe fale wyrzucają dziób Ugly Duck ponad wodę tylko po to by po chwili ponownie pochłonąć go w swych objęciach. Cały ten czas przeleżeliśmy na koi. Choroba morska nie zwyciężyła nas tylko dzięki silnym lekom przeciwwymiotnym. Czaiła się jednak nieustannie, przypominając o sobie pulsowaniem w skroniach, mrowiącym osłabieniem i bólem gałek ocznych. Co chwilę przychodziło błogosławione odrętwienie, jakby umysł powoli pogrążał się we śnie. Jednak huk dieslowskiego silnika pracującego tuż pod podłogą nie pozwalał zasnąć. Czasami wydawało się jakby ten dokuczliwy ryk cichł, czy oddalał się, jednakże silna wibracja przenoszona przez wręgi statku i ściany kajuty natychmiast przeganiała nadchodzący sen.
   Ugly Duck to drewniana łajba pamiętająca chyba jeszcze wojnę w Wietnamie. Świeża farba nie była w stanie zasłonić ubytków w burcie i poszyciu. Stara konstrukcja statku nie wróżyła niczego dobrego. Wystająca wysoko nad wodę nadbudówka z pokładem sprawiała, że jego środek ciężkości przesunięty był do góry. Krypy o takiej budowie są chybotliwe i kiepsko sprawują się na fali. Prawdziwe rozczarowanie przeżyliśmy jednak dopiero pod pokładem. Długi, wąski i mroczny korytarz prowadził od rufy do dziobu. Tutaj znajdowały się wejścia do maszynowni, kuchni oraz licznych kabin. Kajuta okazała się małą, ciemną norą. Całą powierzchnię wypełniała koja. Przez nieszczelne okienko przeciekały strumyki monsunowego deszczu. Wszystko było wilgotne i zagrzybione. Smród stęchlizny mieszał się z innymi zapachami. Bliskość maszynowni sprawiała, że w powietrzu można było wyczuć również woń smarów i spalin. Na to wszystko nakładał się charakterystyczny dla kuchni azjatyckiej aromat nieznanych przypraw oraz zapach ryżu smażonego w głębokim, lekko przypalonym oleju. Jakby ten bukiet nie był wystarczająco bogaty, z toalety zalatywało kloaką. Zresztą to dodatkowe pomieszczenie stanowiło marną pociechę. Było ono tak małe, że by do niego wejść należało wcześniej zaplanować każdy ruch, by nie zakleszczyć się pomiędzy ścianą a drzwiami. Nad klozetem wisiała rura zakończona sitkiem. To był prysznic.
   Gotowi jednak byliśmy cierpieć te niewygody w zamian za niebiańskie widoki, które właśnie mieliśmy ujrzeć pod powierzchnią wody. Koralowe ogrody Morza Andamańskiego uchodzą za najpiękniejsze na świecie. Liczyłem też na spotkanie z największą rybą świata, z osławionym rekinem wielorybim.
   To co zobaczyliśmy przeszło jednak wszelkie wyobrażenie. Zawieszeni w błękitnej toni ujrzeliśmy całe pola śnieżnobiałych, martwych koralowców. Ich zdruzgotane kolonie zaściełały olbrzymie połacie dna. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że bardzo biedni i często głodujący tubylcy zdobywają pożywienie przy użyciu dynamitu. Wrzucony do wody ładunek wybuchowy ogłusza i zabija ryby, które po chwili wypływają na powierzchnię. Są one wtedy łatwym łupem dla mieszkańców okolicznych wysp. A największe ryby świata? W tym roku nie przypłynęły. W cieśninie (tu będzie nazwa cieśniny) stado wędrujące w kierunku Birmy zastało wybite przez kłusowników. Nic więc dziwnego, że z wyprawy przywiozłem zaledwie jedno zdjęcie. Czyż ukazana na nim rozgwiazda miałaby wkrótce stać się ostatnią rozgwiazdą na Ziemi? Czyż nasza planeta miałaby wkrótce wyglądać jak "Ugly Duck"?

do góry


 
Arabska modlitwa

do góry

   Skorpena. Już sama nazwa jest odrażająca. Wygląd jest jeszcze gorszy. Przywodzi na myśl najstraszniejsze koszmary nocne. Jeśli diabeł przybiera postać zwierząt to na pewno najczęściej wciela się w Skorpenę. Te skojarzenia są jednak niczym w porównaniu z realnym zagrożeniem jakie niesie ze sobą ta ryba. Jest jadowita.
   Pamiętam różne spotkania ze Skorpeną. Za każdym razem jej obecność dostrzegałem w rozszerzających się z przerażenia źrenicach towarzyszących mi nurków. Kiedyś zamaszystym gestem zaprosiłem towarzyszącą mi pod wodą Magdę, by wraz ze mną zajęła miejsce na niezwykłym głazie, który przez prądy morskie został wyrzeźbiony na kształt olbrzymiego tronu. Gdy spotkała mnie stanowcza odmowa chciałem sam skorzystać z królewskiego atrybutu. Właśnie gramoliłem się na siedzisko, gdy w oczach Magdy dostrzegłem: "Uważaj!". Reszty domyśliłem się. "Tam zasiada już inna władczyni, cesarzowa głębin... Skorpena!".
   Tych jadowitych stworzeń jest znacznie więcej i właściwie trudno jest przewidzieć z którymi z morskich zwierząt kontakt jest bezpieczny, a z którymi nie. Do dzisiaj na ramieniu mam ślad po spotkaniu z meduzą, a oparzenie ręki spowodowane przypadkowym dotknięciem korala leczyłem przez wiele miesięcy. Niebezpieczne są nawet ślimaki. Dlatego też lepiej zaakceptować niepisaną regułę: "Niczego nie dotykaj! Nie dotykaj nawet kamieni!".
   Jedna z najbardziej jadowitych ryb do złudzenia przypomina właśnie kamień. Bez ruchu leży godzinami na dnie strosząc do góry płetwę grzbietową uzbrojoną w jadowy kolec i nawet bardzo bliski kontakt z człowiekiem nie płoszy jej. Stonefish, bo tak nazywa się ta ryba, wie zapewne, że z nas dwojga ona jest silniejsza. Natura w niewiarygodny sposób upodobniła ją do otoczenia. Zarówno kolor jej skóry jak i kształt ciała doskonale komponują się pośród głazów i korali. Jej głowę porastają wypustki, które do złudzenia przypominają glony, a ciało zdobią plamy identyczne jak kolonie gąbek rosnące na sąsiednich kamieniach. Jak tu dostrzec niebezpieczeństwo? Jak się nie pomylić? Aż trudno uwierzyć, że tak niepozorne stworzenie może skrzywdzić człowieka.
   Spośród korali zwłaszcza jeden jest szczególnie niebezpieczny. Jest wielkości talerza i ma kształt sześcioramiennej gwiazdy. Nazwa Korona Cierniowa nawiązuje do jego wyglądu; cała jego powierzchnia najeżona jest krwawoczerwonymi kolcami. Kontakt z nim powoduje natychmiastową martwicę tkanki. Ciało odpada od kości niczym dotknięte trądem.
   Skrzydlica, której jaskrawe, biało-czerwone prążki już z daleka ostrzegają, że jest ona niebezpieczna, staje się aktywna w nocy. W ciągu dnia leniwie spoczywa w zagłębieniu rafy, po zmierzchu jednak wychodzi na żer. Przyłapana w silnym snopie latarki próbuje jeszcze gonić małą rybkę, która miała być jej ofiarą. Po chwili zaprzestaje jednak polowania i kieruje się ku źródłu światła rozpościerając szeroko pióropusz z płetw. Inne osobniki czynią to samo. Wtedy nurek, niczym członek stada płynie w środku ławicy jadowitych ryb. Jest tylko jeden sposób by przed nimi uciec. Jeśli odwaga pozwoli należy wyłączyć latarkę. W całkowitej ciemności intruzi gubią drogę i powracają do swego zajęcia - poszukiwania pożywienia.
   Pewnego razu moim przewodnikiem na rafie był egipski lekarz. Lata medycznej praktyki spowodowały, że był on obeznany z miejscowymi dolegliwościami.
- Adnan! - zapytałem go korzystając z okazji, że mam do czynienia z ekspertem - Czy te wszystkie ryby rzeczywiście są tak niebezpieczne?
- Eeee! - Egipcjanin machnął ręką - jeśli masz odrobinę szczęścia, to nic Ci się nie stanie.
- Odrobinę szczęścia? - indagowałem rozmówcę.
- No..., jeśli jesteś mężczyzną o słusznej wadze, jeśli masz zdrową wątrobę, nerki i serce, jeśli zaraz po ukłuciu wyparzysz wrzątkiem miejsce do którego dostał się jad i jeśli w szpitalu podadzą Ci właściwą surowicę... to przeżyjesz.
- A jeśli nie? - wolałem upewnić się.
- Jeśli nie to... masz jeszcze godzinę... no, może dwie! - odpowiedział szczerząc zęby w uśmiechu.
   Zamyśliłem się. Spojrzałem na ledwie majaczący na horyzoncie ląd. Nie mogłem zrozumieć skąd ten optymizm w głosie Adnana. Przecież godzina to zaledwie tyle by pokonać połowę drogi do najbliższego brzegu. Próbowałem wyobrazić sobie swoją wątrobę, nerki, serce oraz to jak zlewam się wrzątkiem. Nagle uświadomiłem sobie, że dręczy mnie natrętne pytanie. Ciekaw byłem jak można by spędzić owe ostatnie sześćdziesiąt minut. Adnan chyba odgadł moje myśli. Patrząc mi prosto w oczy wycedził:
- Musisz bardzo uważać gdy fotografujesz te wszystkie stworzenia. Godzina to bardzo niewiele. To zaledwie tyle ile trwa arabska modlitwa!

do góry


 
Deska do krojenia chleba

do góry

   Nie cierpię zakupów! Gdy żona prowadzi mnie do sklepu, udaję zainteresowanie, choć wypełnia mnie pustka. Po dwóch godzinach nuda zamienia się w cierpienie nie do zniesienia. Twarz wykrzywia się w uśmiechu, "cóż za piękna bluzeczka, kochanie", po karku jednak cieknie stróżka potu. Po cóż przecież odwiedzać na przykład stoisko z garniturami skoro żaden z wystawionych tam towarów nie nadaje się nawet na ocieplacz do skafandra nurkowego. Albo takie hipermarkety. Jedyna rzecz, która zwraca tam uwagę to dział z prasą - a nuż w jakimś miesięczniku napisano coś o nurkowaniu. Co prawda kiedyś w sklepie z zabawkami, gdy kupowaliśmy prezent dla siostrzenicy, wypatrzyłem duże, solidne, plastikowe pudło z przykrywką służące do przechowywania klocków. Do tej pory trzymam w nim automaty oddechowe, noże, latarki, karabińczyki i cały ten szpej niezbędny każdemu płetwonurkowi. Niestety tak atrakcyjne zakupy zdarzają się niesłychanie rzadko. Nic więc dziwnego, że gdy ostatnio byliśmy w sklepie ze sprzętem gospodarstwa domowego, wzrokiem omiatałem sufit, podpierając ścianę. Rozmyślałem właśnie o... sznurku.
   Już dawno zauważyłem, że ogromną trudność w fotografii podwodnej stanowi prawidłowe ustawienie lampy błyskowej. Na powierzchni lampę umieszcza się nad aparatem, tak by równoległy do osi obiektywu strumień światła oświetlał wszystko co widać w wizjerze. To rozwiązanie pod wodą nie daje jednak oczekiwanych rezultatów. Nawet najbardziej przejrzyste akweny zawierają nie widoczne dla ludzkiego oka drobiny, które w silnym błysku, niczym małe lustereczka odbijają światło. W efekcie każde zdjęcie szpecą białe plamki przypominające płatki śniegu. Właśnie dlatego pod wodą lampę błyskową najlepiej umieścić jest tak by światło padało z boku, pod dużym kątem. To rozwiązanie rodzi jednak pewien problem. Otóż fotografowany obiekt musi znaleźć się na przecięciu osi obiektywu i lampy błyskowej. W przeciwnym razie w mrokach ciemności trzeba poszukiwać tematu zdjęcia. Sprawę dodatkowo komplikuje ramię, na którym mocuje się lampę. Oczywiście przy pomocy szeregu pokręteł i przegubów można wreszcie to wszystko ustawić prawidłowo, tylko że wtedy nie ma już czego fotografować. Od szamoczącego się nurka ucieka wszystko co żyje, a i kamienie nikną w tumanach wznieconego mułu. Kłopot ten rozwiązałem zastępując sztywne ramię... sznurkiem. Teraz gdy prawą dłonią naciskam spust, w lewej trzymam lampę błyskową, którą mogę swobodnie ustawić w żądanym kierunku. Jednocześnie sznurek podtrzymuje dość nieporęczną obudowę aparatu.
Gdy rozmyślałem o tym wszystkim, z zadumy wyrwało mnie pytanie mojej piękniejszej połowy.
- Który garnek kupimy?
- Może ten! - odpowiedziałem.
- Po cóż nam taki wielki gar? - zdumiała się Magda.
Z zakłopotaniem potarłem dłonią brodę. "Przydałby się do przechowywania kafli ołowianych do pasa balastowego" - pomyślałem. Na szczęście uwagę mojej żony przykuły noże kuchenne. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy nie ma tam czegoś odpowiedniego do wycinania się z sieci. Po chwili jednak ponownie pogrążyłem się w myślach.
   Ostatnio nurtował mnie inny problem. W podwodnej fotografii makro bliskie położenie lampy błyskowej w stosunku do obiektu powoduje bardzo silny kontrast. Co prawda jasne partie obrazu są naświetlone prawidłowo, lecz cienie wypełnia nieprzenikniona czerń. Czasami w ten sposób uzyskuje się ciekawy, dramatyczny efekt, w pozostałych przypadkach jednak zdjęcie jest po prostu złe. Od dawna już, by złagodzić kontrast, stosuje się drugą, doświetlającą lampę błyskową. Mnie jednak to rozwiązanie nie satysfakcjonuje. Zdjęcia tak wykonane dają płaski obraz.
   Rozmyślając o tym wszystkim, ciągle stałem pomiędzy półkami w sklepie AGD. Nagle mój wzrok zatrzymał się na najbliższym regale. Błądzące gdzieś daleko myśli zaczęły się krystalizować, a przez ciało przebiegł dreszcz emocji. Oto przede mną leżała jakby nigdy nic, deska... do krojenia chleba. Ostrożnie wziąłem do rąk to dzieło, wytwór ludzkiego geniuszu. Była plastikowa, więc woda nie mogła jej rozmoczyć. Białe tworzywo odbijając promienie świetlne nie zmieniało ich barwy. Chropowata powierzchnia mogłaby wyśmienicie zmiękczyć ostry strumień światłą padający z lampy błyskowej. Duża powierzchnia deski gwarantowała doświetlenie znacznego obszaru. Co więcej genialny konstruktor zaopatrzył ją w pokaźny otwór, tak, że bez problemu mogła się w nim zmieścić dłoń ubrana w grubą nurkową rękawicę.
   Od tamtego czasu do zdjęć makro używam właśnie tej deski. Odbite od niej światło bardzo plastycznie doświetla cienie oraz tło. Uzyskane w ten sposób zdjęcia ukazują niemalże trójwymiarowy obraz, są niezwykłe i niepowtarzalne.
   Aż dziw bierze, że są ludzie, którzy wykorzystują ten wspaniały, rozpraszający ekran do tak prozaicznej czynności, jaką jest codzienne krojenie chleba...

do góry


 
20 barów na minutę

do góry

   Yolanda to niezwykłe miejsce. Ktoś mógłby pomyśleć, iż jakiś samotny żeglarz nadał nazwę tej rafie na cześć swojej, upragnionej dziewczyny. Życie jest jednak bardziej prozaiczne. Statek Yolanda pchnięty nagłym podmuchem sztormu rozbił się o podwodne skały. Od tamtego czasu jego szczątki rozsiane na olbrzymich połaciach dna są schronieniem dla podmorskiej fauny, a jego nazwa widnieje na mapach świata w najbardziej wysuniętym na południe punkcie Synaju. To właśnie tu spotykają się zatoka Sueska i Akaba, które niczym ramiona Morza Czerwonego obejmują rozgrzany słońcem półwysep. Od wieków siłują się ze sobą i każda z nich za sprawą prądów morskich chce zawładnąć tym miejscem. Porywiste wiatry gonią tu grzywy wysokich fal. Masy wody wirują wokół siebie, w niektórych miejscach zatrzymują się gwałtownie by nagle zmienić kierunek.
   W sam środek tej wodnej awantury rzucają się płetwonurkowie. Abashi od 16 lat jest kapitanem na African Queen. Wie doskonale, że po prawej stronie cypla w niewielkiej zatoczce prąd morski znacznie zwalnia. Tam z jego łajby płetwonurkowie skaczą do wody i natychmiast zanurzają się. Na głębokości 20 metrów porywa ich prąd morski i wlecze 2,5 kilometra do podobnej zatoki po drugiej stronie cypla. Po 40-stu minutach czeka już tam na nich Abashi. Przez cały ten czas trzeba bardzo oszczędnie gospodarować powietrzem. Jeśli zabraknie go w pół drogi płetwonurek musi wynurzyć się w samym środku kipieli. Statek, który podejmuje wtedy nurka może podzielić los Yolandy.
   Z obowiązku rozsądnego oddychania pod wodą nie zwalnia mnie rola fotografa. Wręcz przeciwnie, mimo iż trzeba wkładać ogromny wysiłek w pchanie przed sobą wielkiej i nieporęcznej obudowy, która stanowi duży opór pod wodą i choć czas poświęcony na wykonywanie kolejnych zdjęć powoduje, że ciągle pozostaje się w tyle, z dala za grupą, nie można jednak z tych powodów narażać na niebezpieczeństwo siebie i innych. Właśnie dlatego tak trudna jest Yolanda. To jedyne miejsce, w którym upływ czasu mierzy się spadkiem ciśnienia w butli. Dwieście barów to początek nurkowania. Zanurzenie i wpłynięcie w prąd, za cyplem - sto siedemdziesiąt barów, dalej łagodnie opadające dno i kilka pierwszych zdjęć - ciśnienie spada do stu pięćdziesięciu. Opłynięcie podwodnego wzniesienia - sto dwadzieścia, potem przejście przez kanion, pod prąd - już tylko dziewięćdziesiąt. Wreszcie długo oczekiwane wypłycenie i czterdzieści barów na dokończenie filmu. Pozostałe pięćdziesiąt atmosfer to żelazna rezerwa, z którą należy się wynurzyć.
   Pewnego razu Yolanda sprawiła mi niezwykłą, ale i bardzo niebezpieczną niespodziankę. Po kilkunastu minutach nurkowania dostrzegłem płynącego w moim kierunku żółwia. Ten niezwykły gad odżywia się gąbkami porastającymi podwodne skały. Właśnie takiego żerującego żółwia jest najłatwiej spotkać. Dlatego większość zdjęć tych oddychających powietrzem, a żyjących pod wodą zwierząt szpeci brzydkie, wypełnione burymi, nieregularnymi kształtami tło. Żółw z Yolandy płynął jednak w toni, pozostawiając hen za sobą stromo opadającą w głębinę ścianę rafy. Przyłożyłem aparat do oka i zrobiłem pierwsze zdjęcie. Wtedy zwierzę dostrzegło mnie i gwałtownie skręciło w prawo, na południe, w kierunku otwartego morza. Drugi raz nacisnąłem spust i pochłonięty niezwykłością zdarzenia rzuciłem się na spotkanie z gadem. "A moje bary..." - przemknęło mi przez myśl. - "Pomyślę o tym później" - uspokoiłem sam siebie i z całych sił odepchnąłem się płetwami. Po minucie przeciąłem żółwiowi drogę i dalej płynęliśmy obok siebie w jednym kierunku, on z potężną skorupą na grzbiecie, ja z ciężkim akwalungiem na plecach. Robiąc zdjęcie za zdjęciem, w celowniku aparatu widziałem słońce połyskujące na jego pancerzu, śledziłem kolejne fazy ruchu. Zafascynowany nie dopuszczałem do swej świadomości informacji, które coraz rozpaczliwiej wysyłało moje ciało. Pod skafandrem po przekrwionej i rozpalonej skórze płynęły strugi potu. Omdlałe i odrętwiałe z wysiłku mięśnie nóg odmawiały dalszej pracy. Płuca łapczywie wypełniały się powietrzem i natychmiast, spragnione kolejnej porcji tlenu wyrzucały całą swoją zawartość na zewnątrz.

do góry


 
Najlepsze zdjęcie

do góry

Tak to już jest, że najlepszego zdjęcia nigdy nie da się zrobić. Człowiek nie śpi po nocach i marzy by nieopodal czerwonego koralowca na tle błękitnej toni wody sfotografować biało-czerwoną skrzydlicę zaglądającą do obiektywu. Gdy po kilku dniach uciążliwych poszukiwań, znajdzie wreszcie odpowiednie miejsce, musi w bezruchu oczekiwać na korzystny rozwój wypadków. Przypomina to bardzo powolny taniec. Gdy ta jadowita ryba, zwana zresztą po angielsku lion lub dragonfish, zwraca się w lewo, wtedy płetwonurek w kamiennej pozie, niby pchany prądem wody przesuwa się w prawo, gdy ona podpływa do góry, fotograf wypuszczając bąbelki powietrza opada parę centymetrów, tak by w kadrze cały czas był wymarzony obraz. Teraz wystarczy zaczekać, aż skrzydlica rozłoży majestatycznie swoje fascynujące płetwy i w tej pozycji zajrzy prosto w obiektyw. Po kwadransie lub dwóch cierpliwość zostaje wynagrodzona. W tym podwodnym teatrze ryba zaczyna odgrywać rolę, którą napisała dla niej nasza wyobraźnia. Wreszcie palec powoli opada na spust. Jednak w momencie gdy słychać długo oczekiwane "pstryk" ryba wykonuje gwałtowny ruch i znika za najbliższym kamieniem. Efekt? W kadrze zamiast zaciekawionego pyszczka widać kawałek płetwy ogonowej. Do tego cień zabłąkanej papugoryby doszczętnie psuje ujęcie. Dzień, w którym mogłem zrobić swoje najlepsze zdjęcie zaczął się pasjonująco. Najpierw znaleźliśmy wrak statku, który wiele lat temu rozbił się o rafę koralową. Słona woda strawiła go doszczętnie, tak że pozostało po nim zaledwie parę stalowych belek. Nieopodal czekała na zdjęcie hawkfish, ukryta w ramionach pięknego korala. Po chwili rzadko spotykana pufferfish majestatycznie przepłynęła tuż przed obiektywem, tak jakby chciała powiedzieć "Przyślij mi jedną odbitkę". Gdy uniosłem głowę znad aparatu i spojrzałem w prawo nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Kilka metrów ode mnie, oparty płetwą o skałę zastygł w bezruchu olbrzymi żółw morski. Ten piękny i rzadko spotykany gad przyglądał mi się z zaciekawieniem. Był dla mnie wyjątkowo łaskawy. Pozwolił podpłynąć na odległość 1 metra i cierpliwie czekał, aż ustawię wszystkie parametry ekspozycji. Błysk flesza nie wystraszył go. Wręcz przeciwnie, odwrócił łebek tak by pokazać mi swój profil. Miałem nieodpartą ochotę by go dotknąć. Mogłem to zrobić bez trudu. Nie chciałem jednak łamać obowiązującej nad Morzem Czerwonym zasady "Tylko patrz! Niczego nie dotykaj!". Gdy właśnie fotografowałem legendarne złote rybki, nagle poczułem, że ktoś szarpie mnie za płetwę. To Ingrid, nasza przewodniczka gwałtownymi ruchami chciała mi na coś zwrócić uwagę. Musiało to być bardzo niezwykłe skoro wyrzucała z siebie gejzery powietrza, a jej oczy wypełniały całą maskę. "Spokojnie, Ingrid! Co to jest?" - zamigałem. W odpowiedzi Ingrid kilka razy uderzyła swoją głowę wewnętrznym brzegiem otwartej dłoni. Wyglądało to tak jakby salutowała, tyle że do środka czoła zamiast do skroni. "Rekin!" - ciarki przeszły mi po plecach - "Gdzieś tu w pobliżu jest rekin!". Rzeczywiście w odległości około 20 metrów, na piaszczystym dnie leżał władca mórz. Był wielkości dorosłego mężczyzny. Białe zakończenia płetwy grzbietowej i ogonowej bezbłędnie wskazywały na jego przynależność gatunkową. To "whitetip reef shark", rekin potencjalnie niebezpieczny dla człowieka. Ten jednak musiał być wyjątkowo rozleniwiony swoim ostatnim posiłkiem skoro bez ruchu spoczywał na piasku. Rekiny przecież muszą nieustannie poruszać się by woda opływała ich skrzela. Nasz rekin nie przejmował się jednak prawami fizjologii i najzwyczajniej ucinał sobie poobiednią drzemkę. Sprawiało to pozory bezpieczeństwa. Podglądając rekina w wizjerze aparatu zacząłem płynąć w jego kierunku. Tym czasem Ingr id opłynęła go z drugiej strony. Po chwili widziałem obydwoje w celowniku. Z zapartym tchem nacisnąłem spust by sfotografować najbardziej niewiarygodną scenę - człowiek i rekin w jednym kadrze. Jakież było moje zdziwienie gdy nie usłyszałem suchego trzasku migawki, a z wizjera aparatu zniknęły wszystkie symbole. "Wyczerpała się bateria!" - pomyślałem z wściekłością. Tymczasem mój rekin wyginając tułów mocno na boki oderwał się od dna i opływając Ingrid dużym łukiem, schował się za najbliższą skałą. Cóż, mogłem jedynie zgrzytać zębami i ostentacyjnie odrzucać od siebie aparat fotograficzny, tak jakbym chciał go wyrzucić na śmietnik. Za każdym razem powracał jednak do mnie ponieważ złączeni byliśmy stalową linką. Teraz, gdy opowiadam znajomym, że byłem zaledwie parę metrów od potężnego rekina rafowego, ale nie mogę pokazać zdjęć, ponieważ w kulminacyjnym momencie wyczerpała się bateria, patrzą na mnie pobłażliwie. Zapewne zastanawiają się czego to człowiek nie zmyśli by zrobić wrażenie na innych.

do góry


 
Pod wodą jest inaczej

do góry

Pod wodą jest inaczej. Największe wrażenie robią oczy. Są pełne spokoju, skupienia i uwagi. Widzisz w nich troskę i rozwagę. Dopiero tam zwracasz uwagę na ich kształt, kolor i oprawę. Dostrzegasz w nich zainteresowanie Twoją osobą. Przecież od tego jak postrzega Cię kolega zależy Twoje życie, jego życie natomiast jest "w Twoich oczach". Po jakimś czasie patrząc mu w oczy umiesz już rozróżniać wszystkie stany emocjonalne. Zachwyt podwodnym światem, radość, pewność siebie, ale też wychłodzenie, kurcze nóg, kłopoty z powietrzem - to wszystko widzisz w jego oczach. On u Ciebie dostrzega to samo. Czasami w oczach widać strach. Ludzie na powierzchni mówią "Strach ma wielkie oczy", my płetwonurkowie mówimy "Maska pełna oczu". Gdy są tak wielkie, że "nie mieszczą się w masce", gdy źrenica jest otwarta tak szeroko, że nie widać tęczówki, gdy "wbite" są w jeden punkt, to wiesz, że panika jest tuż. A pod wodą panikę i śmierć dzieli zaledwie kilkadziesiąt sekund... oraz ten drugi płetwonurek, Twój podwodny partner. Człowiekowi bliskość drugiej osoby nie służy. W zatłoczonym autobusie czujemy się zagrożeni. Złościmy się, gdy na ulicy ktoś wejdzie nam w drogę. Nawet jeśli nasz najlepszy przyjaciel przysunie się zbyt blisko nas, zareagujemy odsunięciem się. W ten sposób bronimy swego terytorium. Pod wodą jest inaczej. Gdy Twój partner znika w tumanach wzbitego mułu, czujesz się nieswojo. Wiesz, że jest zaledwie kilka centymetrów od Ciebie, ale mimo to cały zamieniasz się w słuch, by uchwycić szum wydychanych przez niego bąbli powietrza. Każdym nerwem odczuwasz zawirowania wody, które pochodzą od jego płetw. Gdy nadal go nie widzisz, dłonią zaczynasz poszukiwać jego dłoni. Potem płyniecie trzymając się jak dzieci za ręce. Nie jest to jednak gest infantylny. Nie wstydzisz się go. Jest to "uścisk życia". Jeśli stanie się coś nieprzewidzianego, jeśli zabraknie Ci powietrza, lub zaplączesz się w sieci, jeśli zasłabniesz, zemdlejesz lub zgubisz maskę to Twój kolega będzie o tym wiedział. Chwyci Cię wtedy mocno za uprząż i nie puści, aż razem nie wyjdziecie na powierzchnię. Jeśli nie będziesz miał czym oddychać odda Ci swój ustnik. Pomyśli też za Ciebie o dekompresji, uniesie Ci głowę tak, by rozprężające się przy wynurzaniu powietrze mogło swobodnie wydobywać się, by nie rozerwało Ci płuc. Ludzie dużo mówią. Często unosimy ton głosu, krzyczymy. Przerywamy innym osobom, ponieważ wydaje się nam, że to co chcemy powiedzieć jest najważniejsze na świecie. Z tego samego powodu nie słuchamy ich. Nasza gestykulacja choć silnie rozwinięta jest chaotyczna i nieprecyzyjna. Pod wodą jest inaczej. Masz do dyspozycji zaledwie kilka gestów by wyrazić swe myśli. Możesz przy ich pomocy budować krótkie zdania, które mogą opisać zaledwie kilka sytuacji. Czasami porozumiewasz się z kolegą pisząc ołówkiem na specjalnej tabliczce, ale napisanie najprostszego zdania zajmuje Ci jednak pięć oddechów. A przecież tych pięć oddechów może dzielić życie od śmierci. Dlatego po jakimś czasie masz bardzo rozwiniętą intuicję. Wtedy najdrobniejsze szczegóły, minimalne gesty i zmiany zachowania, nieprzewidziane czynności wypełnione są ogromną treścią. Dopiero wtedy rozumiesz drugiego człowieka.

do góry


 
Pod lodem

do góry

Strasznie gorąco. To dziwne. Choć dwudziestostopniowy mróz zamraża płynącą po czole stróżkę potu, czuję objawy przegrzania. Hipertermia w skrajnym przypadku może doprowadzić do śmierci. To byłoby niezwykłe; ugotować się mimo szalejącego mrozu. Wysiłek wkładany w wycięcie przerębla jest ogromny. Zaledwie kilka lat temu robiliśmy to przy pomocy siekier i kafarów. Praca wtedy trwała kilka godzin. Dzięki temu jednak trud rozkładał się w czasie. Dziś zajmuje to zaledwie pół godziny. Korzystamy z dobrodziejstw cywilizacji i przerębel wycinamy piłą spalinową. Jednak tafla lodu ma pół metra grubości. Po 30 minutach takiego piłowania ręce odpadają z wysiłku a całe ciało zalewa pot. Gruby nurkowy kombinezon natomiast nie pozwala, by nadmiar ciepła wydostał się na zewnątrz. Przed nami jedna z najbardziej niezwykłych przygód. Nurkowanie pod lodem. Kursanci powoli gromadzą się wkoło. Dziś będą się uczyli jak odnaleźć drogę do przerębla w wypadku zgubienia liny asekuracyjnej. Pod lód zabieramy kołowrotki, kompasy i śruby lodowe. Wchodzeniu do przerębla w ciężkim sprzęcie nurkowym nie towarzyszą, żadne szczególne doznania. Dopiero zanurzenie niechronionej skafandrem twarzy powoduje koszmarny ból. Można go śmiało porównać do zdzierania skóry. Woda ma zaledwie 1 stopień Celsjusza. Na szczęście natura wyposażyła nas w mechanizmy obronne. Pod wpływem zimna gwałtownie kurczą się naczynia krwionośne. Mniejsze ukrwienie hamuje utratę ciepła. Już po paru minutach nasze twarze odbierają tę ekstremalnie niską temperaturę jako przyjemny chłód. Zanurzamy się na niewielką głębokość. Dwie, trzy minuty spędzamy w bezpośrednim sąsiedztwie przerębla. Ta aklimatyzacja jest konieczna, ponieważ niektórym osobom w trakcie takiego nurkowania towarzyszy silna klaustrofobia. Po chwili odpływamy. Zupełnie zapominamy o czekających nas ćwiczeniach. Urok podwodnego świata nakrytego grubą warstwą lodu urzeka nas. Słońce przeciskając się przez lód rozprasza się. Widzimy jak poszczególne, złote promienie nikną w otchłani pod nami. Wydychane bąble powietrza nie mogąc znaleźć ujścia zbierają się nad głową. Przypominają one opalizującą, rozlaną rtęć. Przejrzystość wody zawsze o tej porze roku jest niezwykła. Z uwagą przyglądamy się rybom bez obaw pływającym wkoło. Czas bezlitośnie płynie. Narastający z każdą chwilą chłód przypomina, że jesteśmy tu jedynie gośćmi, że wpadliśmy tylko na chwilę i że zaraz silne wychłodzenie wypędzi nas z tego podwodnego królestwa. Czterdziestominutowe nurkowanie zupełnie nas odpręża. Troski i zmartwienia rozpuściły się gdzieś po drodze w lodowatej wodzie. Mimo dojmującego chłodu, towarzyszą nam podniosłe odczucia. Zupełnie tak jakbyśmy gdzieś tam pod lodem znaleźli sens egzystencji.

do góry